Loading

Kajakiem przez Atlantyk Aleksander Doba opowiada o swoich wyprawach

Aleksander Doba jest przykładem, że człowiek z odpowiednią determinacją może osiągnąć wszystko, co sobie zaplanuje. Metryka nie jest dla niego żadnym problem. Mimo siódmego krzyżyka na karku wprost tryska energią, dobrym humorem i pozytywną energią, którą wręcz zaraża swoich słuchaczy. Niedawno mieli się o tym okazje przekonać mieszkańcy Daniszyna w gminie Ostrów Wielkopolski, dokąd przyjechał na zaproszenie Biblioteki w Gorzycach Wielkich. Wybraliśmy najciekawsze fragmenty jego pasjonujących opowieści.

W National Geographic

- Niedawno moja twarz znalazła się na okładce National Geographic, jako Traveler of the Year – czyli najlepszy podróżnik roku na świecie. Ucieszyłem się, bo dowiedziałem się, że przed mną na okładce tego szacownego pisma byli Żwirko i Wigura w 1932 roku, tylko że oni zginęli, a ja mam jeszcze różne plany.

Wielkopolanin w kajaku

- Urodziłem się w Swarzędzu w Wielkopolsce. Pasję poznawania świata zawdzięczam moim rodzicom, którzy obudzili we mnie ciekawość świata. Czuję się poznaniakiem, bo choć szkołę podstawową kończyłem w Swarzędzu, to już szkołę średnią, technikum mechaniczne, kończyłem w Poznaniu, potem była Politechnika, pierwsza praca, wszystko w Poznaniu. Potem poznałem fajną dziewczynę, która została moją zoną i tak już jestem z nią 41 lat.

- Namawiam wszystkich na pływanie turystyczne kajakami. To bardzo rodzinne zajęcie. Mam trzech synów i z wszystkimi pływałem najpierw po polskich rzekach. W młodości zdobyłem nawet dwukrotnie tytuł akademickiego Mistrza Polski w kajakarstwie górskim.

Młody duchem

- W Ameryce często pytali mnie: how old are you – czyli dosłownie: jak stary jesteś? Ja im na to zawsze odpowiadałem: I am seventy years young, czyli jestem 70 lat młody. W Polsce na to samo pytanie odpowiadam, że mam niecałe 29 lat… do stu.

Najdroższy kajak świata

- Jestem z wykształcenia inżynierem mechanikiem, co mi się później bardzo wiele razy przydawało w podróżach. Naszkicowałem sobie kiedyś, jak wyobrażam sobie specjalnie zbudowany dla mnie kajak, którym mógłbym przepłynąć ocean. Według moich założeń, taki kajak powinien mieć co najmniej 7 metrów długości, z przodu małą kabinę i duże komory bagażowe na jedzenie i potrzebny sprzęt. Właśnie taki kajak, według moich założeń, zbudowano dla mnie, ale łatwo nie było. W końcu, po wielu długich rozmowach, udało mi się przekonać Andrzeja Armińskiego do zbudowania dla mnie kajaka w celu bezpiecznego przepłynięcia oceanu. Na początku do tego szalonego pomysłu było przekonanych tylko dwóch ludzi: ja i pan Andrzej. Najbardziej przeciwna była moja żona. Okazało się, że zaproponowane przeze mnie wymiary były wręcz idealne. To było w 2007 roku. Kiedy udało mi się już przekonać pana Andrzeja, za mój projekt zabrało się trzech młodych projektantów, którzy zaczęli przerabiać mój projekt. Do mojego pomysłu dołożyli takie olbrzymie pałąki z boku kajaka, potrzebne do dodatkowej stabilizacji kajaka. Te pałąki miały mi również pomagać w wykonaniu tzw. „eskimoski”. To specjalny manewr, który wykonuje się, gdy kajak się przewróci do góry dnem. Wtedy trzeba wykonać kilka ruchów i znów się jest na górze. Na niewielkim kajaku górskim nie jest to takie trudne, ale sam mój kajak do wyprawy przez ocean ważył 350 kilogramów, a bagażem i jedzeniem prawie 700. Te pałąki były po to, żeby uniemożliwić mu pływanie do góry dnem. Miałem kilkanaście wywrotek i zawsze umiałem sam z nich wyjść obronna ręką.

Mój kajak, który nazwałem po prostu Olo, oprócz tego że nie mógł pływać do góry dnem, był praktycznie niezatapialny. Był bowiem wykonany z kilku komór ze specjalnego tworzywa, używanego do budowy jachtów.

Mimo tych wszystkich udogodnień, kajak był wielokrotnie przerabiany podczas wypraw. Okazało się, że te pałąki mocno mi przeszkadzały w pływaniu i kombinowałem, jak się ich pozbyć. No to zdemontowali mi częściowo te pałąki i dołożyli specjalną skrzynię na jedzenie, z przeznaczeniem na pół roku. Jak już wszystko z niej wyjadłem, to po prostu wyrzuciłem skrzynię.

Na dwie pierwsze wyprawy pożyczyłem kajak, ale na trzecią musiałem już go kupić. Pomalowałem go na biało-czerwone barwy i cóż, musiałem kupić ten najdroższy dla emeryta kajak świata.

Pierwsza wyprawa przez Atlantyk: z Afryki do Ameryki Południowej

- Pytają mnie czasem, czemu aż trzy razy płynąłem przez Atlantyk, zamiast wybierać za każdym razem inne trasy. Tak się składa, że od samego początku chciałem przepłynąć Atlantyk w dwie strony. Każda wyprawa była samodzielna, bez pomocy z zewnątrz. Najpierw zrobiłem to w najwęższym miejscu, a potem w najszerszym. Wtedy pomyślałem o zrobieniu trasy z Ameryki do Europy. I tak uzbierały się te trzy wyprawy.

- Moja pierwsza wyprawa przez ocean biegła trasa z Afryki do Ameryki Południowej. Miałem płynąć najkrótsza trasą, ale okazało się że płynąłem zygzakami, czasem do tyłu, czasem do przodu. Jestem żeglarzem i nie mam kłopotów z nawigacją, więc to wcale nie chodzi o to, że pomyliłem trasę. Problemem w moich wyprawach były prądy morskie: kanaryjski, gwinejski, północno-równikowy prad wsteczny i inne. Te prądy i silne wiatry powodowały, że trasa moich wypraw była mocno skomplikowana. Bywało, że wpadałem w pętlę z której nie mogłem się wydostać przez tydzień, tylko znosiło mnie raz do przodu, raz do tyłu. Dzięki nawigacji satelitarnej moi bliscy mogli śledzić moje położenie z dokładnością do 10 metrów. Kiedy wpadałem w pętlę, dostawałem dramatyczne sms-y: Olek, źle płyniesz! Nie płyń na północ, tylko na południ! Strasznie mnie to wkurzało, bo ja dobrze wiedziałem, gdzie płynę, tylko nie miałem siły pokonać potężnych prądów morskich lub wiatru, który mnie znosił z kursu. W ten sposób nałożyłem ok. 2 500 kilometrów w porównaniu do linii prostej, która miałem płynąć.

- O moim położeniu informował specjalny GPS, który wysyłał sygnały co 10 minut. Moi bliscy mogli więc regularnie sprawdzać, gdzie jestem. Śmiałem się nawet, że mimo samotności na oceanie byłem najbardziej pilnowanym mężczyzną na świecie. No bo która żona może powiedzieć, że co 10 minut może sprawdzić, gdzie jest jej mąż? A moja mogła !

Ja miałem znacznie gorzej: sam, na środku oceanu, żadnych pokus, no bo i gdzie! A przecież cały czas miałem świadomość, że ja tu, a atrakcyjna żona sama w domu. Na dodatek, gdyby mi nawet ktoś zrobił „uprzejmie donoszę”, to i tak nie mógłbym nic zrobić z tego mojego kajaka.

Druga wyprawa: półtora miesiąca w Trójkącie Bermudzkim

- Start do drugiej wyprawy miał miejsce w stolicy Portugalii Lizbonie, przez Zwrotnik Raka. Podczas tej wyprawy dopadło mnie aż siedem sztormów, ale najgorzej było, kiedy wpakowałem się słynny Trójkąt Bermudzki. To słynny obszar na zachodzie Atlantyki między Miami na Florydzie, Bermudami i Porto Rico, w którym dzieją się dziwne, często niewytłumaczalne dla nauki, sprawy. Zginęło tam mnóstwo statków, a pierwszy kajakarz, który przepłynął tamtędy, również zginął. Ja miałem więcej szczęścia, ale pałętałem się tym rejonie 40 dób ! Półtora miesiąca nie mogłem się wydostać z Trójkąta Bermudzkiego. W końcu urwał mi się ster i musiałem dopłynąć żaglowcem Spirit of Bermuda do Bermudów na naprawę. W taki sposób pobiłem rekord świata płynięcia non stop w kajaku, bo tkwiłem w łodzi 142 doby.

- Wynajęcie żaglowca i opłata za naprawę były bardzo drogie. Razem z pomagającymi mi podczas wyprawy przyjaciółmi zaczęliśmy gorączkowo szukać sponsorów, którzy pomogliby pokryć koszty. Na szczęście, zgłosił się pewien przedsiębiorca z Bermudów, który powiedział do mnie mniej więcej tak: ja też miałem wiele marzeń które chciałem spełnić, ale nie wszystko mi się udało. To nie może być, żeby tak wspaniała wyprawa nie powiodła się z powodu braku pieniędzy naprawę – rzekł ten człowiek i wyciągnął z kieszeni… 40 tysięcy dolarów, żeby zrealizować moje marzenia !

- Po dopłynięciu miałem zabawną przygodę. Na kajaku mam wypisany mój „port macierzysty”, czyli moje miasto Police. Po dopłynięciu do Ameryki miałem normalną kontrolę paszportową i imigracyjną, z tym że panie i panowie byli tak mili, że to oni przyszli do mnie do portu. Kiedy zobaczyli mój kajak ich uwagę przykuł napis z nazwa mojego miasta. Oni jednak odczytali to zupełnie inaczej, jako Police – czyli Policja. Pokiwali głowami, pokazali że wszystko jest Ok, a ja nie wyprowadzałem ich z błędu.

Trzecia wyprawa: Z Ameryki do Europy

- Moja trzecia wyprawa przebiegała trasą z Ameryki do Europy. To jednocześnie najtrudniejszy dotąd mój wyczyn. Zaczęło się z przygodami, bo po czterech dniach wpadłem w tak sile prądy i fale, że przewróciło mnie, a kajak został poważnie uszkodzony. Zniszczona została miedzy innymi instalacja elektryczna, więc nie miałem szans sam jej naprawić. Trzeba było kajak holować, następnie przewieźć do Polski i dopiero tam naprawiać. To wszystko trwało prawie rok. Po tym czasie wyruszyłem ponownie. I znowu nie miałem szczęścia. Po trzech dobach dostał em informację o zbliżającym się sztormie. Postanowiłem więc wrócić na kontynent, bo sztorm na pełnym morzu w kajaku to nic przyjemnego. Tak też zrobiłem.

16 maja wystartowałem po raz trzeci z Ameryki. Pierwsze trzy tygodnie były bardzo ciężkie, bo było bardzo zimno. Często wiały silne wiatry, panowała mgła. Miałem też bardzo poważną awarię steru, wokół którego owinęła mi się linka, co znacznie utrudniało mi sterowanie. Ręcznym brzeszczotem udało mi się przeciąć ramie steru i jakoś to poskładałem do kupy. Wystarczyło na pięć dni.

3 września 2017 roku, po 110 dobach, w Le Conquet, około 30 kilometrów od Brestu we Francji, oficjalnie zakończyłem trzecią transatlantycką wyprawę kajakową.

To nie koniec…

- Nie wszystkie przygody były miłe. Na jednej z wypraw spływałem Amazonką. W 2011 roku napadło mnie na terenie Brazylii pięciu bandytów. Z bronią maszynową wycelowaną we mnie, rabowali mnie pięć godzin. Uwierzcie mi, nie jest miło widzieć lufę karabinu wycelowaną w swoja głowę. Byłem szczęśliwy, że uszedłem z życiem. Krótko później znów zostałem napadnięty, tym razem przez trzech bandytów. Uznałem, że zagrożenie jest zbyt duże i przerwałem wyprawę.

- Wielokrotnie zbliżałem się do granicy ludzkich możliwości, ale jej nie przekroczyłem. Teraz osiągnąłem swój cel i na razie więcej wypraw oceanicznych kajakiem nie planuję. A co będzie dalej, zobaczymy…

Zebrał i opracował: Jarosław Wardawy

foto: jw i aleksanderdoba.pl

OSIĄGNIĘCIA SPORTOWE ALEKSANDRA DOBY

2014

Zakończenie sukcesem II Transatlantyckiej Wyprawy Kajakowej z kontynentu na kontynent (z Lizbony na Florydę). Ekspedycja miała na celu przepłynięcie Atlantyku w jego najszerszej części. Wyprawa samotna, samodzielna, bez pomocy z zewnątrz, przy pomocy wyłącznie siły własnych mięśni. Trwała 167 dób, a Polak był pierwszym kajakarzem w historii, który tego dokonał. Łącznie przepłynął 6 710 mil morskich.

23.05.2011 – 26.06.2011

Spływ szlakiem Amazonki z Yurimaguas w Peru na rzece Huallanga, przez Maranon i Amazonką do Brazylii z zamiarem dopłynięcia do ujścia. W czasie trwania wyprawy został dwukrotnie napadnięty przez bandytów i obrabowany prawie z wszystkiego. Wyprawa została przerwana.

26.10.2010 – 02.02.2011

I Transatlantycka Wyprawa Kajakowa na specjalnym kajaku, który został zbudowany w stoczni Andrzeja Armińskiego przez trzech młodych inżynierów: Rafała Głodka, Michała Klimka i Radosława Zygmunta. Samotny rejs przez Atlantyk w najwęższym miejscu. Po 99 dobach przepłynął 5394 km. Pierwsze w historii przepłynięcie kajakiem Atlantyku z kontynentu na kontynent.

2009

Opłynął samotnie w ciągu 41 dni Jezioro Bajkał. Pokonał 1954 km linii brzegowej na pozostawionym w Ułan Ude kajaku. Po opłynięciu Bajkału przepłynął Angarą do Irkucka.

26.06.2000 – 06.10.2000

Przepłynął samotnie z Polic do Narwiku za Koło Podbiegunowe Północne. W czasie 101 dób pokonał 5369 km.

21.06.1999 – 09.09.1999

Opłynął samotnie Bałtyk „Z Polic do Polic” w 80 dni, bez zawijania do zatok. Pokonany dystans to 4227 km.

21.07.1998 – 11.09.1998

Przepłynął rzekami i kanałami, Morzem Północnym i Morzem Bałtyckim w ciągu 55 dni trasę 2719 km z Polic, przez Niemcy, dookoła Danii do Polic.

1991

Jako pierwszy kajakarz przepłynął całą Wisłę od jej początku, czyli od ujścia Białej i Czarnej Wisełki do jeziora zaporowego, do ujść do Bałtyku.

1989

Pobił rekord dystansu, przepłyniętego kajakiem w ciągu jednego roku kalendarzowego: 5125 km, z czego 5000 km to nowe szlaki. W roku 1989 spędził 108 dni na wodzie.

Created By
Jarosław Wardawy
Appreciate

Report Abuse

If you feel that this video content violates the Adobe Terms of Use, you may report this content by filling out this quick form.

To report a Copyright Violation, please follow Section 17 in the Terms of Use.